Skradziony pocałunek

Total votes: 5004

Lech Brywczyński

MOTTO:

Kto zdobywszy pocałunek nie sięgnął po nic więcej, jest niegodny i tego, co otrzymał.

                                                                                                                       Owidiusz

OSOBY:

Krystyna

Joanna

Listonosz

 

SCENA PIERWSZA

Krystyna siedzi na taboreciku, na środku pokoju. Jest zamyślona, rozmarzona, uśmiecha się sama do siebie. Joanna chodzi wolnym krokiem wokół niej, co jakiś czas przystając  i nerwowo gestykulując.

Joanna:- Co ty wygadujesz, kobieto? To śmieszne i żałosne! Opamiętaj się! Gdyby nie ja, zrobiłabyś z siebie pośmiewisko! Jak to dobrze, że mnie się poradziłaś, jak to dobrze… (półgłosem) Ciekawe, jak by cię nazywali w dzielnicy? Może „Całuśna Krycha”? Albo wzięliby cię za… no, za osobę, która proponuje facetom seks. (po chwili) To wstyd, tak nie można!

Krystyna: - (potakując, nieobecnym tonem) Nie można. Masz rację, nie powinni tak o mnie mówić…

Joanna: - I nie mówią, bo jeszcze nie zdążyłaś się ośmieszyć, desperatko ty jedna!  Kto to widział, żeby kobieta w twoim… to znaczy w naszym wieku, zaczepiała mężczyzn i pytała: „przepraszam, czy to pan mnie pocałował, kiedy siedziałam na ławce?” Też miałaś pomysł!

Krystyna: - A co? Co innego mogłabym zrobić, żeby go odnaleźć? Może mam czekać, aż ten mityczny facet sam zadzwoni do moich drzwi?

Joanna: - Mityczny! Nareszcie sama przyznajesz, że on nie istnieje! To już jakiś postęp…

Krystyna: - Nie! Przecież wiem, że istnieje. To jest ten jedyny, stworzony dla mnie… Druga połówka jabłka, moja bratnia dusza… Nie wiem tylko, gdzie go szukać… (w rozmarzeniu) Siadłam sobie na ławce, na podwórku. Było chłodno, ale słonecznie. Dziwna rzecz: nie było deszczu, ale mimo to na niebie pojawiła się przepiękna, kolorowa tęcza. Zamknęłam oczy, trochę się zamyśliłam. I właśnie wtedy to się zdarzyło: ktoś mnie pocałował. Poczułam taką chemię… Tego się nie da wyrazić słowami… Niby to tylko pocałunek, a byłam taka szczęśliwa…

Joanna: - Kto to był? Nie chciałaś zobaczyć?

Krystyna: - Nie otwierałam oczu, bo myślałam, że to tylko sen. Nie chciałam się obudzić. Kiedyś już mi się śniło coś podobnego, ale po przebudzeniu okazało się, że całuję poduszkę… Tym razem było inaczej - w miarę upływu czasu coraz bardziej docierało do mnie, że to się dzieje naprawdę.

Joanna: - To ile ten pocałunek trwał? Godzinę?

Krystyna: - Nie mam pojęcia. Podobno każdy sen trwa tylko dziesięć sekund, ale po przebudzeniu i tak wydaje się, że zajmował całą noc… (wzdycha) Otworzyłam oczy, zerwałam się na nogi, rozglądałam się na wszystkie strony, zajrzałam we wszystkie zakamarki naszego podwórka… Nikogo nie znalazłam.

Joanna: - Bo to było tylko złudzenie…

Krystyna: - Żadne złudzenie! To zdarzyło się naprawdę!

Joanna: - Dobrze, przypuśćmy na moment, że się zdarzyło. I co dalej? Co w końcu zamierzasz zrobić?

Krystyna: - No, chcę odszukać tego faceta… Chcę poznać prawdę!

Joanna: - (z ironią) Ciekawe, jak to zrobisz. Dasz ogłoszenie?

Krystyna: - (ożywiona) A wiesz, że to całkiem dobry pomysł?

Joanna: - To wcale nie był pomysł! To był żart…

Krystyna: - Tylko ten, żaden inny! Muszę go odnaleźć!

Joanna: - (śmieje się) W takim razie zrób tak, jak planowałaś: poświęć resztę życia na wypytywanie i całowanie wszystkich facetów po kolei! Pocałunek prawdę ci powie, dzięki niemu odnajdziesz tego jedynego… (obejmuje Krystynę, całuje ją w policzek) A teraz już na poważnie, Krysiu! Kiedy spotkasz faceta, który - jak sądzisz! - mógłby ewentualnie być tym, o kim mi mówiłaś, to w trakcie rozmowy dyskretnie, niby tak mimochodem, pół żartem pół serio, opowiedz mu o tym, co ci się przydarzyło. Ale nie mów o sobie - powiedz, że to się zdarzyło twojej przyjaciółce. Wtedy zobaczysz, jak on zareaguje, jak się zachowa, co na to powie,. I od razu będziesz wiedziała, czy to ten. Nawet bez całowania.

Krystyna: - A jeśli znajdę tego jedynego, a on będzie brzydki, stary i biedny? Co wtedy?

Joanna: - No, nie wiem… (po chwili zastanowienia) Uważasz, że mogłabyś poczuć tę chemię do kogoś brzydkiego, starego i biednego?

Krystyna: - Raczej nie…

Joanna: - Sama widzisz… Zresztą ideałów na świecie nie ma, istnieją tylko zwykli ludzie, którzy nie są doskonali i mają wady. Tak naprawdę to nie kocha się za zalety, kocha się pomimo wad.

Krystyna: - Pewnie masz rację…

Joanna: - Wiesz co? Musisz w końcu wyjść z tej depresji, odprężyć się trochę. Co powiesz na małą wyprawę do centrum handlowego?

Krystyna: - Kiedy?

Joanna: - Teraz!

Krystyna: - Dobrze. Ale wiesz, nie mam za dużo pieniędzy do wydania…

Joanna: - Ja też nie mam, ale się nie martwię: czego nie kupimy, na to przynajmniej popatrzymy. Nic tak nie koi nerwów, jak zakupy!

Krystyna: - Zgoda. (wstaje) Musimy też pójść na kawę.

Joanna: - Nareszcie zaczynasz gadać do rzeczy. Chodź, tylko załóż coś na siebie, bo jest chłodno.

Krystyna: - Co bym nie ubrała i tak nie będę wyglądać, jak Bożena. Tej to dobrze…

Joanna: - Chciałabym być taka, jak ona. Nie tylko po to, żeby mieć jej urodę, ale wiesz… Żeby mieć w sobie to coś, co sprawia, że wszyscy cię uwielbiają. Tego się chyba nie da wszczepić…

 

Krystyna: - Niestety…

Wychodzą z pokoju. Przez chwilę słychać ich krzątaniną w przedpokoju, a potem kroki i zgrzyt klucza w zamku.

 

SCENA DRUGA

Krystyna stoi przed lustrem, czesząc i układając włosy. Potem odkłada grzebień i dokładnie przygląda się swojej twarzy, szukając ewentualnych defektów urody. Dzwoni telefon. Krystyna podchodzi do sofy, sięga po torebkę i wyciąga z niej komórkę. Przykłada telefon do ucha.

Krystyna: - Aśka? Dobrze, że dzwonisz! (z radością) Słuchaj… Ja już… Już znalazłam! Jak to kogo? No tego… Tego, który mnie wtedy pocałował… (siada na sofie) Nie, nie znałam go wcześniej. On jest akwizytorem czy przedstawicielem handlowym, nie wiem, jak to się nazywa… Robi pokazy sprzętu w mieszkaniach klientów, dlatego często bywa u nas w dzielnicy… Jakieś odkurzacze, maty, lampy czy coś takiego… (z przejęciem) Żebyś wiedziała, jaki jest wygadany! Spotkałam go, jak wychodził akurat z pokazu u sąsiadów. Przywitał się szarmancko i zapytał, czy może ja też bym chciała taki pokaz. Coś mnie tknęło, że może to jest ten, który mnie wtedy pocałował, więc zaprosiłam go do domu; niby po to, żeby uzgodnić datę pokazu. Na pokaz się rzeczywiście umówiłam, ale przedtem opowiedziałam mu tak mimochodem całą historię. Nie, nie, oczywiście, że nie mówiłam o sobie, tylko o przyjaciółce… Tak, tak, pewnie, że byłam dyskretna i zdystansowana. Chociaż tak naprawdę to serce podchodziło mi do gardła z emocji… Wtedy taktownie dał mi do zrozumienia, że to był właśnie on. I wprost mi powiedział, że to na pewno ja byłam tą przyjaciółką, o której opowiadałam… (wzdycha) Żebyś ty wiedziała, jaka jestem szczęśliwa… Zgadłaś, zaczęliśmy się spotykać… Czy się całowaliśmy? Pewnie… (filuternie) Nie, nie było tak jak wtedy na ławce. No wiesz, wtedy to było coś jednorazowego i niepowtarzalnego! Ale nie mogę narzekać, teraz też jest wspaniale. On jest naprawdę dobry w tych sprawach… Coś ty, na pewno nie będę o tym mówić przez telefon! Chyba sama rozumiesz… Czy jest romantykiem? Raczej tak, chociaż czasem mi mówi, że miłość jest przereklamowana, że zawsze daje mniej, niż od niej oczekujemy. A poza tym, ma na imię Roman… (śmieje się) Jak on wygląda? Sama zobaczysz. Dał mi swoje zdjęcie, pokażę ci… Nie, nie jest ani brzydki, ani stary, ani biedny… Jesteś teraz w domu? Super! To czekaj, przyjdę zaraz do ciebie i wszystko ci opowiem… Na razie!

Krystyna chowa komórkę  do torebki, a później lekkim, radosnym krokiem wychodzi z pokoju. Przez chwilę słychać jej krzątaniną w przedpokoju, a potem kroki i zgrzyt klucza w zamku.

 

SCENA TRZECIA

Krystyna stoi przed lustrem, czesząc i układając włosy. Potem odkłada grzebień i dokładnie przygląda się swojej twarzy, szukając ewentualnych defektów urody.

Słychać dzwonek do drzwi.

Krystyna: - Chwileczkę! (wychodzi z pokoju, żeby otworzyć drzwi) Kto tam?

Listonosz: - Poczta!

Krystyna: - Już otwieram! (słychać, jak otwiera drzwi) Ma pan coś dla mnie?

Listonosz: - Oczywiście. Zaraz poszukam…

Krystyna: - To zapraszam do pokoju.

Oboje wchodzą do pokoju. Listonosz sięga do torby, przegląda plik listów.

Listonosz: - Polecony jest jeden, a zwykłe listy są dwa. Proszę bardzo! (wręcza listy Krystynie) Tylko trzeba tu podpisać…

Listonosz kładzie pokwitowanie na stoliku, wskazuje miejsce na podpis i daje Krystynie długopis.

Krystyna: - (podpisuje, a potem oddaje Listonoszowi pokwitowanie i długopis) Proszę bardzo… (ogląda koperty swoich listów) Rachunki, jak zwykle rachunki… Mój ojciec zawsze mawiał, że rachunki to najpewniejsza rzecz na tym świecie: życie na ziemi przestanie istnieć, a one nadal będą przychodzić.

Listonosz: - (z uśmiechem) Chyba coś w tym jest. (zamyka swoją torbę) Drugą tak pewną rzeczą jest miłość.

Krystyna: - Miłość? (po namyśle) Jest przereklamowana, zawsze daje mniej, niż od niej oczekujemy.

Listonosz: - Dawać nic nie musi, wystarczy, że jest… (z wahaniem) A skoro już o tym mowa, to ja jeszcze chciałbym…

Krystyna: - Tak, słucham. O co chodzi?

Listonosz: - Ja z góry panią przepraszam, bo... (speszony) Proszę mi obiecać, że pani się na mnie nie obrazi.

Krystyna: - (zaskoczona) Dobrze, nie obrażę się… Ale zupełnie nie wiem, o co chodzi.

Listonosz: - Bo ja… Ja pocałowałem panią, kiedy pani siedziała któregoś dnia na podwórku.

Krystyna: - Co? Co takiego?

Listonosz: - Pamiętam, że było wtedy chłodno, ale słonecznie. Nie padało, ale mimo to na niebie pojawiła się tęcza. Gdybym miał czas, to siadłbym sobie wtedy, żeby odpocząć, ale zostało mi jeszcze sporo listów… Zobaczyłem, że pani siedzi na ławce, taka zamyślona, rozmarzona, piękna… Nie mogłem się oprzeć: podszedłem, pocałowałem panią i ulotniłem się.

Krystyna: - (z oburzeniem) Po co pan mi to opowiada? Co to za insynuacje? Co pan sobie w ogóle myśli?

Listonosz: - Szybko odszedłem, żeby pani mnie nie zauważyła. Ale poczułem wtedy – proszę wybaczyć śmiałość! – że właśnie pani jest moją bratnią duszą, drugą połówką jabłka… Poczułem taką bliskość… Tego się nie da wyrazić słowami.

Krystyna: - Jak pan może! Że niby ja nie zauważyłam, jak ktoś mnie pocałował? Uważa pan, że to w ogóle byłoby możliwe? Co za pomysł! To jakiś absurd!

Listonosz: - Nie, no… Ja tylko…

Krystyna: - To dopiero bezczelność! Nie spodziewałam się tego po panu! To jest pańska metoda na podrywanie samotnych kobiet?

Listonosz: - Nie, kiedy ja naprawdę… Jeśli tak, to bardzo przepraszam.

Krystyna: - Niech pan zachowa swoje urojenia dla siebie. Jeśli pan jeszcze raz kiedykolwiek będzie plótł takie bzdury, to zadzwonię do pańskich zwierzchników. Powiem im, że pan mnie dręczy swoimi obcesowymi zalotami i zażądam, żeby zmienili listonosza w naszym rejonie.

Listonosz: - (zrezygnowany) Proszę się nie martwić. Może to wszystko naprawdę mi się tylko przywidziało. Obiecuję, że ani z panią, ani z nikim innym nie będę już na ten temat rozmawiał. Sprawa jest zamknięta… (zarzuca torbę na ramię) Do widzenia. I raz jeszcze przepraszam.

Krystyna: - Żegnam…

Listonosz wychodzi z pokoju, po chwili słychać, jak zamyka za sobą drzwi wejściowe.

Krystyna: - (sama do siebie, półgłosem) Coś takiego!

Przez chwilę oddycha głęboko, ale potem uspokaja się.  Gładzi dłonią włosy, robi parę kroków. Wyciąga z torebki zdjęcie Romana, trzymając je w dłoni siada na taboreciku, na środku pokoju. Uśmiecha się sama do siebie. Ogląda z czułością zdjęcie, a potem je całuje.

KURTYNA